Moneyball

6-money

Czyli dlaczego według mnie duże pieniądze i grube ryby nie powinny mieć styczności z BMXem.

Oraz dlaczego popularne sporty są po prostu hujowe.

Tytuł moich kolejnych wypocin odnosi się do produkcji Bennet’a Miller’a w której główną rolę zagrał sam Brad Pitt. Po szybkim wygooglowaniu pewnie zastanowicie się po cholerę on przytacza film do baseball’u – zaraz wszystko wytłumaczę. Obejrzałem go dwa razy, dopiero za drugim razem dotarło do mnie dokładniej przesłanie które z niego wynika. Po drodze dorzucę jeszcze jedną sprawę która mnie zainspirowała nieco do napisania tego a, że właśnie się ukazała to nie mogłem nic o tym nie napisać.

Głównym bohaterem jest menedżer słabej drużyny, który dzięki analizom komputerowym stara dobierać się graczy według jakichś tam kryteriów – niekoniecznie muszą być super zawodnikami, ale jakieś tam ich pojedyncze cechy mają przynieść drużynie sukces. Przez cały film mamy przegląd jak wygląda cała ta gra od szatni. Właściwie praktycznie jak każdego sportu tego pokroju, bo wielkiej różnicy nie ma poza samą grą.

Do sedna – czyli o co chodzi z tą „pieniądzopiłką”. Jak sami zobaczycie (lub też nie) dobrze ukazane są transfery zawodników między klubami oraz wyrzucanie ich. Sami gracze mało mają na to wszystko wpływu. Idealną sceną jest to gdy sam analityk (zestresowany absolwent dobrej uczelni) zostaje wyznaczony do przekazania smutnej wieści  o zmianie klubu jednemu z zawodników który i tak odbiera to bardzo sucho. Nie będziesz już dla nas grał – okej. Tyle, czy tak wygląda prawdziwy sport? Zero przywiązania do klubu, ziomków, zajawki, bycie tylko marionetką i gram tam gdzie płacą. Ostatnimi czasy taki trend zaczyna się przenosić do BMXa. Nie jest to żadną nowością, że panowie albo panie z wąsem prowadzą wielkie firmy i nie jest dla nich żadnym problem po prostu wyjebać cały team bez skrupułów. Końcówka 2013 i początek 2014 dokładnie to nam pokazał (poprzednie lata też). W normalnym świecie bez milionów złotych czy dolarów jak już ktoś odchodzi z teamu to na ziomeczku i bez żadnych problemów. Zazwyczaj odbywa się to w pokojowych zamiarach. W Polsce sam problem transferów nie był znany aż do przejścia Mycka z Allday’a do piwnicy. Nie mówię, że to źle, ale pociągnęło to za sobą też wiele innych zmian.

Dobiła mnie ta najnowsza. Tak się nie robi! Sano, Drodżu i Bercik zostali usunięci z piwnicy? WTF? „Hajs się musi zgadzać”. Powtarzam tak się nie robi. Po co było wynajmować Lambo? Czy źle jest kogoś trzymać w teamie nawet jak nie jest aż profitowy. Żaden sklep w Polsce raczej takich rzeczy nie praktykował (sprawę Jankiego zna już pewnie każdy) i mam nadzieję, że nigdy tak się więcej nie będzie działo (może zapomniałem i coś pominąłem jeśli tak to mnie oświećcie!). Dlatego w podtytule napisałem „duże pieniądze i grube ryby nie powinny mieć styczności z BMXem” to tworzy tylko niepotrzebne problemy. Piwnicy każdy normalny BMXowiec nie będzie wielbił. A grube ryby i wpompowywanie milion może nam tylko zaszkodzić. Zabić zajawkę. Już teraz wydaje mi się, że można niektórych riderów nazwać komercyjnymi. Nie tylko jak to zauważyłem, ale serio wydaje mi się, że u niektórych jazda już nie jestem wynikiem zajawki (to też raczej zagranica, trochę głębszy temat, mogę się mylić, ale serio czasem tak to wygląd).

Myślę, że odpowiedź na to: dlaczego takie sporty są hujowe, nasuwa się już sama i trochę już tam wyżej o tym wspomniałem. A i właśnie! Nie jestem przeciwnikiem wielkich firm które wrzucają swoje pieniążki na BMXa! Oczywiście, że nie. Pomoc w rozwoju, pomoc riderom jest dobra i zawsze będę ją popierał, ale nie może to kończyć się to tak bezpłciowo na totalnej wyjebce.

4 odpowiedzi do Moneyball

  1. maksymilian pisze:

    Jak dla kogoś jazda na bmxe opiera się na przeglądaniu internetu to rzeczywiście źle się dzieje…

    Głupie ogólnie jest takie analizowani, np ja jeżdżę flatland, w tej chwili scena flatlandowa na świecie jest w dupie, ale nawet jak za 5 lat flatland wskoczy na olimpiade i na wf w szkole będą go uczyli to dla mnie będzie to i tak to samo, zmieni się otoczka ale głębia flatlandu zostaje ta sama. Nikt mi nie zabroni robić steamrollera i się z niego cieszyć, a te zmiany będą żadne bo jak ktoś robi coś albo nie robi czegoś bo inni to robią i myśli przy tym że to jest dobre to znaczy że jest głupi.

    Kiedyś czytałem w jednej polskiej gazecie bmxowej o kolesiu który zawsze chciał być inny, i jak pegi zrobiły się modne to on je zdjął a jak zaczęło się pegless to je znowu założył, bo chciał być elo inny. to jest to samo co kolesie podążający za modą, jedni i drudzy są zależni od ludzi naokoło, ci elo modni robbią to samo co wszyscy ci elo nie modni robią inaczej niż wszyscy. Bo np jak ktoś jest elo niemodny bardzo lubi robić tailwhipa i sprawia to mu ogromną przyjemność, ale jak wszyscy zaczną go robić to niestety musi przestać go robić aby utrzymać swój elo niemodny status…

    Lekarstwo na to jest tylko jedno, trzeba przestać myśleć, i pojeździć trochę w samotności wtedy można zapomnieć o całej otoczce bmxa tzn filmach trendach teamach i skupić się na jeździe, ale nie myśleć tylko np skupić się na rękach i nogach, na ruchach, przeciążeniach, obrotach, przestrzeni, nic nie analizować tylko obserwować co się dzieje bez żadnego gadania w umyśle. Dla mnie wtedy to jest prawdziwy bmx i żaden biznesman nie zmieni tego. każdy może to u siebie pozmieniać.

    Oczywiście fajna jest też jazda ze znajomymi i gadanie o bmxach, ale to gadanie a sama jazda w samotności w pełnym skupieniu to jest takie porównanie, jak gadanie o piwie, a picie piwa…

  2. Krzysiek pisze:

    To że źle się dzieje w Polsce to widać już od dwóch lat i patrząc nawet na ostatnią super produkcję w metrze można by było stwierdzić że zajebiście. Wkoncu wielkie marki i wielkie pieniądza wkroczą do naszej biednej sceny bmx. Dupa. Dupa. Dupa. Potrzebne to tylko tym którzy chcą profit. Niedługo zobaczymy Chucka Norrisa na bmx z logo piwnicy.

    Szkoda że rzadko możemy zobaczyć już promo bez logo i trendy trików.

    Pochwała dla Witka za artykuł a wszystkim riderom życzę przyjemności i satysfakcji z jazdy!

  3. koczkodan pisze:

    Dla mnie samo ucięcie teamu nie jest zbyt szokujące. Hajs się musi zgadzać i to dotyczy każdego sklepu, dystrybucji, firmy robiącej części. Inna sprawa to forma w jakiej to się odbyło. Tzn. co to ma właściwie pokazać? Że mamy silny team, samych harpaganów, słabsi odpadają do friends? Chodzi mi o to, że nie winię Ave za zmniejszenie faktycznego wsparcia dla tych riderów bo wiadomo, że nie jest to instytucja charytatywna. Zresztą przykład Jankesa w prl (trzymam się wersji bardziej do mnie przemawiającej) pokazuje to samo w odniesieniu do innej dystrybucji, ale tam faktycznie narodził się konflikt i dla obu stron rozstanie było w tym momencie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Tutaj jak rozumiem nic takiego nie miało miejsca, była to zwykła zimna kalkulacja. Dobrze, ale o co mi tak naprawdę chodzi :) Po prostu uważam, że team powinien być czymś bardziej umownym, budowanym przede wszystkim na wzajemnych relacjach a nie skillsach poszczególnych osób. Za dużo w tym wszystkim źle rozumianego profesjonalizmu, budowania czegoś na wzór drużyny sportowej. Przechodząc do sedna takie sprawy powinny być załatwiane wewnątrz firmy. Czy publiczne oświadczenie, że ktoś jest za słaby na pro team i przechodzi do friends jest tak naprawdę konieczne? Czy nie wystarczy po prostu ograniczyć wsparcia dla tej osoby (każdemu według zasług, nie wg potrzeb!) ale pozostawić mu ten status teamowicza, miejsce na stronie itp. Przecież to nic nie kosztuje! A co daje w zamian? Poczucie pewnej trwałości tej konstrukcji którą jest team. Dlatego też warto do niego dobierać osoby nie tylko dobrze jeżdżące ale też pasujące pod względem charakteru, takie dla których będzie to coś więcej niż tylko nowe części i wstawianie jakiegoś logo do swoich filmów. Nie wszystko rozbija się o pieniądze. To nie piłka nożna, gdzie sportowcy drżą o swoje kontrakty z powodu ewentualnego spadku formy, kontuzji itp. Dlatego wybieranie kogoś do teamu powinno być decyzja podejmowaną odpowiedzialnie. Szczerze mówiąc nie wiem jaki jest teraz oficjalny status np. Janka Pietruczuka albo Jerrego w Alldayu, ale na stronie wciąż widnieją ich nazwiska i to jest fajne. Nikt oficjalnie nie „degradował” ich z teamu do friendsów, nie umniejszył w ten sposób ich zasług. Bo po co? Trochę chaotyczny ten wpis ale chodzi mi właśnie o tę oficjalność, jakieś oświadczenia itp. Na co to komu? Druga kwestia to właśnie te transfery na linii team-friends które powinny być raczej jednostronne, przynajmniej przy takiej formie „kolegów” jaki mamy na Ave czy PRL: jest to pierwszy etap, furtka do „prawdziwego teamu” (ok, są tam oczywiście wyjątki od tej reguły). I jest to oczywiście bardzo fajne. mam wrażenie, że Bercik stał się trochę ofiarą tego, że w momencie kiedy dołączył do Ave, friendsów chyba jeszcze nie było. Może ten skok okazał się w tamtym momencie zbyt duży? Jednak mimo wszystko oficjalne degradowanie kogoś z teamu do friends jest po prostu niepotrzebne, zwłaszcza w przypadku młodych riderów jak Bercik. W przypadku „weteranów” wygląda to jednak nieco inaczej, chociaż warto wtedy dać im osobną grupę jak zrobił to np. FBM. Chociaż np. S&M na stronie ma wszystkich w jednej kategorii „riders”. Oczywiście co innego firmy robiące części a co innego sklepy/dystrybucje (przykład: utrata teamowicza ze względu na utratę dystrybucji firmy dla której jeździ – zdarza się), ale w polskich realiach te drugie działają jednak na dość specyficznych zasadach. Często więzi między pomiędzy riderem a sklepem dla którego jeździ są silniejsze od tej z firmą której części otrzymuje. Co w sumie nie jest takie dziwne przy formie budowania teamu o której wspomniałem wyżej. Leszczu pozostał w prl a zrezygnował z Odysseya – nie odwrotnie. Takich przykładów jest zresztą więcej. Mogę się mylić, ale czy Wróbel nie miał swego czasu wsparcia WTP? Cóż, niemieckiej firmy w ofercie bmxforever/allday nie ma już dawno, a Marcin wciąż reprezentuje barwy poznańskiego sklepu. Wracając do tematu to zabawne, że komunikat o zmianach w teamie Ave pojawił się na fejsie, a na stronie internetowej jeszcze przez dłuższy czas funkcjonował stary skład teamu. Teraz już się to zmieniło (poza odpadnięciem wspomnianej trójki pojawił się Cinek), chociaż lista friends dalej wygląda tak jak wyglądała wcześniej. To są szczegóły, wiem. Tyle, że takich detali przez lata trochę się już uzbierało i z czasem coraz mniejszy impuls wystarcza aby wetknąć kolejną szpilę w Ave. I wbrew pozorom nie uważam aby to było takie dobre. Do ich głównego targetu i tak to nie dotrze. Zarówno dosłownie (nie przeczytają np. tego powyżej, czy tego co właśnie piszę) jak i mniej dosłownie (jak już przeczytają jakimś cudem to nie zrozumieją istoty problemu). Wszystko rozbija się tak naprawdę na linii my wszyscy, którzy i tak tam nic nie kupujemy (z różnych, aczkolwiek zbliżonych powodów), a ci, którzy dla Ave jeżdżą czy pracują. I często jest to taka wojna riders vs. riders. Może wojna to za mocne słowo bo w sumie z nikim nie mam jakichś mega negatywnych relacji, podajemy sobie rękę, pogadamy o pierdołach jak ludzie… Bywa jednak, że temat zejdzie na wiadomy grunt i dopóki się tylko „poniezgadzamy” ze sobą to jest ok. Z czasem jednak coś w końcu pęknie, ktoś powie o jedno słowo za dużo i nie będzie już odwrotu. Pewne podziały widać już w tym momencie a może być raczej gorzej niż lepiej. Co więcej nie ma to wpływu na biznes, który kręci się dalej. Z nami czy bez nas. Te wszystkie utarczki, mniejsze bądź większe, internetowe i face-to-face nic w tej kwestii nie zmieniają. Narastają tylko tarcia między nami. Sam dołożyłem swoją cegiełkę (albo i kilka) w tej sprawie, z natury nie jestem też jebanym pacyfistą czy rozjemcą dlatego nie będę w tym momencie pieprzył głupot w stylu „stop fighting, let’s ride together blablabla” bo są sprawy których przemilczeć po prostu nie można. Tak jak jednak pisałem już gdzieś przy okazji „afery domenowej” krytykujmy z głową, myślmy, konsumujmy świadomie i budujmy zamiast tylko burzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *