Dlaczego wciąż jeżdżę

hehe

Identyczne artykuły pojawiały się już wielokrotnie, ale ja po prostu złapałem przypadkową inspirację i zacząłem pisać. Szczerze to chyba każdy ma swoją historię na ten temat także myślę, że i moje słowa będą miały jakiś sens.

Wszystko zaczęło się od tego, że leżąc w łóżku kilka minut po północy odpaliłem artykuł „Co sprawia, że wsiadamy na rower?”. Po szybkim przeczytaniu zadałem sobie dwa pytania – pierwsze „dlaczego tak krótko?”, drugie „dlaczego ja wciąż jeżdżę?”. Nie wiem czy autor miał po prostu chwilową wenę na napisanie kilku zdań, ale po prostu jest to dla mnie za krótkie. Mój wewnętrzny monolog „dlaczego wciąż jeżdżę?” trwał chyba dobre pół godziny, a później i tak nie mogłem zasnąć bo zastanawiałem się dlaczego jestem takim debilem i nie spisałem tego od razu. Na pewno pominę sporą część, na pewno tekst pisany nie odda tego co sobie wtedy w tej głowie układałem, ale tak to zazwyczaj jest „nie chce mi się, napiszę jutro”.

hehe

Ostatnio miałem chyba trochę za dużo czasu na myślenie, a wpłynęło na to kilka bardzo niemiłych czynników, którym niestety zapobiec nie mogłem. Do sedna –  zacząłem od tego jak wielu z moich znajomych poznałem dzięki BMXowi. I cholera doszedłem do wniosku, że mało kto z moich znajomych (trochę wspomogłem się Fejsem takie czasy :D) z którymi trzymam stały kontakt, nie ma jakiegokolwiek powiązania z 20 calami. Czemu tak jest hmm… ostatnie 7 i pół roku spędziłem na prawie codziennym przemierzaniu dwoma kołami naszej wspaniałej planety Ziemia. Gdyby nie najróżniejsze szkoły grono moich znajomych mogłoby się totalnie zawęzić do rowerowych ziomeczków.

No właśnie, ponad siedem lat. Nie jest to wielki staż, ale tak serio – który z Twoich znajomych uprawiał jakiś sport więcej niż 7 lat? Znajdę naprawdę pojedyncze osoby które mógłbym porównać do siebie, a ludzi wciąż dziwi „jak można mieć 22 lata i wciąż jeździć na małym rowerze”. No cholera jasna czy Zinédine Zidane przestał grać w piłkę po 7 latach? Nie! Bo grał profesjonalnie aż do 34 roku życia, a teraz na pewno dalej gra albo chociaż trenuje młodszych, czyli wciąż ma styk ze swoim sportem. Dla ludzi w naszym społeczeństwie wciąż jest to cholernie trudne do pojęcia, że BMX to także pasja na całe życie, a nie tylko zajaweczka na młodzieńcze lata. Głównym problemem są chyba tylko pieniądze i to, że z piłki nożnej da się wyżyć a z BMXa nie (mówię tu o naszym kraju). Ekstremalne skoki są dla zwykłego człowieka wciąż kosmosem, a on i tak będzie oglądał ciągle przegrywającą Polską reprezentację. Kontuzje, kolejny temat rzeka. Czy piłkarze nie umierają na boisku? Oczywiście, że były takie przypadki, znając życie nie łamią się rzadziej niż ludzie którzy jeżdżą na co dzień.

trippin

Co wciąż wyciąga mnie żeby wsiąść na te małe kółka. Cholera sam naprawdę tego nie wiem. Przez te kilka lat miałem różne „wahania” zajawki. Gdy na początku złamałem nogę byłem pewien, że rower trzeba sprzedać i o nim zapomnieć. A teraz gdy tylko coś mi się stanie (a w tym roku to już miałem maksymalizację pecha do gleb) planuję jak najszybciej się wyleczyć i wykombinować tak żeby nie stracić zbyt dużo czasu na kontuzję. Co do wspomnianych wahań to wiadomo, różnie bywa. „Nie każdy dzień jest taki sam” – jak mówił legendarny Corey Martinez w jakimś filmie „how to”. Trzeba umieć się uodpornić na brak progresu i ewentualne przeciwności. Pisał już o tym bardzo mądrze Gadzik w jednym z numerów najlepszego magazynu na świecie „Bunny Hop”, także nie będę się nad tym rozwodził. Te 7 lat nauczyło mnie, że zawsze trzeba próbować niezależnie od tego co ma się stać albo jak zmęczony wrócisz do domu. Mam nadzieję, że każdy czytający to przeżył kiedyś kaca po jazdkach – jedno z najlepszych i jednocześnie najgorszych uczuć. Jeśli nie wiesz o co mi chodzi to nie wiem czy kiedyś jeździłeś tak na serio, pełna pompa od rana do wieczora. Może moje podejście jest takie dziwne, ale serio nie jestem w stanie policzyć ile razy wracałem do domu kompletnie „zniszczony” po całodziennych katach. Razem z moim wspaniałym przyjacielem Leonem nieraz wracaliśmy z jazdek ledwo stojąc na pedałach. Wiem, że trochę jest to chore katowanie się aż do śmierci, ale Ci którzy kiedykolwiek ze mną jeździli wiedzą, że naprawdę nie potrafię odpuścić, nawet tej 101 głupiej próby czegokolwiek. Ważne, że za 102 próbą w końcu to odjadę i będę trząsł się ze szczęścia, a następnego dnia obudzę i ledwo co będę mógł wstać z łóżka.

„Dobry dzień spędzony na jazdkach to taki po którym ledwo wczołguję się do łóżka… Altacet moim najlepszym przyjacielem!”

Zwycięstwo – nie będę ukrywał, że to także mnie zawsze cholernie pociągało. Ale nie, nie jestem aż tak pogięty żeby startować w każdym jakimkolwiek conteście o 10 tys zł albo parę butów. Po prostu uwielbiam rywalizować i pokazywać ludziom, że też coś potrafię, albo potrafię to lepiej. Na początku zajawki marzyły mi się starty w super zawodach i zwycięstwa. Hahaha nawet zamiast jeździć planowałem co mógłbym się nauczyć zamiast naprawdę to próbować. To było głupie, no ale wiadomo za dzieciaka ma się zdecydowanie inne podejście. Od pierwszego wygranego bh contestu strasznie się podjarałem i zawsze każde kolejne (nazwijmy to po imieniu) zwycięstwo było dla mnie ogromny zastrzykiem zajawki. Nigdy nie traktowałem tego aż tak serio, bo samo to uczucie jest cholernie dobre. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, uznania, może podziwiania. Jeśli kiedykolwiek tego doświadczyłeś to dobrze wiesz o czym mówię. Porównałbym to także do tego co czuje się po sklejeniu trudnej albo długo planowanej sztuczki. Jeśli nigdy nie skakałeś ze szczęścia bo coś cholernie fajnego albo trudnego udało Ci się skleić to naprawdę nie wiem czy jazda nie jest przypadkiem dla Ciebie karą.

IMG_5979

Dziwi mnie to jak ludzie nie potrafią się cieszyć ze sklejonych tricków (może jestem aż nazbyt pozytywny hahaha). Najlepszymi przykładami są David Grant, Reed Stark, Jeff Wescott, Tony Malouf etc… uwielbiam oglądać to jak „skaczą sobie do gardeł” i na siebie gdy któryś z ziomków odjedzie jakąś fajną sztuczkę. Brakuje mi tego u ludzi i serio przez te kilka lat naprawdę widziałem sporadycznie takie akcje. Sam nie potrafię się nie cieszyć z tego, że mój najlepszy ziomek właśnie pierdolnął coś czym sam się podjarałem. No ale nic, lepiej nabijać się z Chad’a Kerley’a bo biega (niczym rącza gazela) z radości po sklejeniu przez jego kumpla fajnego tricku.

Nie ważne jak źle byłoby w życiu wyjście na rower zawsze uratuje Ci tyłek. Sam przechodziłem to mnóstwo razy i myślę, że nie ma lepszego lekarstwa niż porządne jazdeczki z przyjaciółmi albo jakiś nawet najkrótszy trip dokądkolwiek. Człowiek zapomina wtedy chyba o wszystkim i to jest dobre. Gorzej jak już trzeba wrócić do szarej rzeczywistości.

No właśnie, a co dalej? Wiadomo, że w Polszy bycie pro i życie z jazdy jest prawie, że nie możliwe. No tak serio to trzeba mieć naprawdę dobrych sponsorów żeby choć trochę liznąć życia zza wielkiej kałuży. No ale czy jazda kończy się wraz z rozpoczęciem prawdziwej pracy? NIE! I kurczę nie próbujcie sobie wmawiać, że rodzina czy super praca powinna wam przysłonić zajawkę. Wiadomo, że przynosi to więcej zobowiązań i trzeba znaleźć umiar, wszystko sobie poukładać. No ale serio chyba można to wszystko ustawić tak żeby znaleźć czas na rower przynajmniej raz w tygodniu. Wiem, że sam tak mówię, a gówno wiem w temacie, ale wydaje mi się, że jest sporo takich przykładów i na serio da się to pogodzić. Nie chowajcie swojej ulubionej 20 calówki do piwnicy nigdy!

BMX068g7

Ludzi przychodzą i odchodzą, przez te kilka lat spotykałem się z naprawdę różnymi fajnymi i nie fajnymi osobistościami. Niektórych bardzo żałuję, niektórych nie chciałbym już nigdy spotkać na swojej drodze. Ale tak to już chyba jest, że jaki na 100% nie zaczniesz traktować jakiejś zajawki serio to skończysz szybko. Albo zmieni się to w wielkie Fejsbukowe powroty w stylu „tak jeździłem 3 lata temu fajnie było, muszę znów spróbować”… szkoda tylko, że po jednych jazdkach zazwyczaj się kończy. Cieszy mnie fakt, że wciąż istnieją tacy ludzie którzy mimo braku progresu wciąż cisną nie ważne co by się działo.

Naprawdę dziękuję Bogu, że kiedyś przypadkiem trafiłem na kolesia skaczącego przez muldę przy Poznańskiej Malcie. Tak to się wszystko zaczęło, a po tych wszystkich latach nie mogę być bardziej szczęśliwy, że dzięki temu małemu rowerkowi odwiedziłem tyle naprawdę zajebistych miejsc i poznałem tylu wspaniałych ludzi którzy później stali się moimi najlepszym przyjaciółmi.

Pozdro!

 

Foto:

Tomionephotography

Bubel Czech

Suszczen

Obrazek rysował mój brat.

5 odpowiedzi do Dlaczego wciąż jeżdżę

  1. Matiz pisze:

    mimo braku progresu wciąż cisną

    tak bardzo o mnie :(

  2. młody pisze:

    No ja się ciesze że coś skleiłem a inni maja na to wyjebane

  3. adam pisze:

    Ja od dawna zastanawiam się nad sensem jeżdżenia. Mieszkam w małej wsi, do najbliżego skateparku mam 20 km a tam przychodzę jako obcy, bo mają swoją ekipę. W mojej miejscowości są 4 parkingi gdzie można jeździć. Jeżdżę sam bo kumple wybrali ciekawsze życie typu zamulanie na kompie czy narkotyki. A w dodatku jedyny kumpel z sąsiedniej wsi z którym jeździłem siedzi za granicą. I do tego jeszcze ostatnio brak mi kasy na części. Za gówniarza jeździłem 3 lata na GTIX’ie bo tylko na to było mnie stać. „Prawdziwy bmx” był dla mnie marzeniem ale kiedy go sobie kupiłem, kiedy zacząłem naprawde coś katować to zauważyłem że kumplom to się znudziło mimo że mieli normalne bmxy. Mimo to po 2 latach katowania w samotności mam zajawę jakąś chociaż nie mam ani warunków do jeżdżenia ani kumpli. Tylko zajawa trzyma mnie jeszcze przy małych kółkach :) Za każdym razem gdy coś skleję to mam ochotę się drzeć ale po prostu nie wypada bo wszyscy ludzie uznają cię za świra. Do tego rejonu nie dotarli jeszcze skejci i nie znają zwyczaju darcia się jak małpy. Tak jak to ująłeś w tekście, wszyscy znajomi ze szkoły uważają że wyrośniesz z małych kółek, rodzina od dawna oczekuje tego ode mnie :) Ja się nie poddam tak łatwo :)Wielkie dzięki za dobry temat do przemyśleń.

    A wiecie jak ja zacząłem jeździć? Nie miałem na co wydać 250 złotych to kupiłem gtixa z allegro XD z 6 lat temu

    • Barspin pisze:

      Ziomeczku wiem co to jazda w samotności bo 2 kumpli wyjdzie raz na tydzień ale nie poddaję się i śmigam zawsze kiedy znajdę trochę czasu i nie wyobrażam sobie życia bez BMX`a chociaż mało umiem. Nie odpuszczaj i katuj ile się da zajawka z tobą !!

  4. Krzysiek pisze:

    Riderow dzielimy na tych którzy jeżdżą bo się na oglądali filmików i tez by tak chcieli i na tych co jeżdżą bo sprawia im to mega frajdę a brak progresu nie ma żadnego znaczenia.

    Mam już 27 lat jeżdżę na bmx 9 lat nie licząc dzieciństwa w którym miałem zwykłego gorala z obniżonym siodlem i kilka rometow. Łącznie pewnie będzie z 14 lat zajawki na rower i co najlepsze nie kleje tw a bs od 6 lat nie mogę dobrze złapać. Ale jak skleje ładne 3 6 to się cieszę jak dzieciak z nowej zabawki a jak pociągne długiego feebla przez cały murek to skacze w miejscu z dwóch kół z radości. Raczej nie liczę na jakiś duży progres bo niestety z racji wieku trzeba trochę czasu poświęcić pracy i bliskim. W szczycie sezonu 2 do 3 razy w tygodniu to już szaleństwo.

    Nie ważne progres i miejsce w rankingu najlepszych w Polsce. Najważniejsza jest adrenalina i radość z jazdy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *